niedziela, 19 listopada 2017

"Ciężko być najmłodszym" Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa

Każdy ma jakąś swoją wstydliwą przyjemność. Dla mnie ostatnio jest nią rosyjskojęzyczne fantasy. Nie jest ani odkrywcza, ani literacko wybitna, w większości przypadków nawet nie jest jakoś szczególnie dobrze napisana. Niemniej, pochłaniam te proste, ucieszne historyjki z ogromną satysfakcją, ku poprawie humoru. Tym razem padło na tytuł napisany przez dwie, nieznane mi jeszcze autorki: Ksenię Basztową i Wiktorię Iwanową. A że pomysł wydawał się oryginalny, to postanowiłam przetestować go osobiście.

Bycie najmłodszym synem Władcy Ciemnego Imperium (matko, jak mi ten „ciemny” zgrzytał przez całą lekturę… Przecież każdy wie, że zły władca to Mroczny Władca i Mrocznym Imperium winien władać. Ciemna to jest tabaka w rogu. Rzekłam) nie jest łatwe, zwłaszcza, kiedy ma się nadopiekuńczych rodziców i siedemnaście lat – niby człowiek już prawie dorosły, a ciągle go traktują jak przedszkolaka. Wyjść nie ma gdzie, interakcji nawiązać nie ma z kim (bo rówieśników w pałacu brak, a rodzeństwo ma własne sprawy), trzeba albo się cichcem wyrwać, albo umrzeć z nudów. Diran postanawia wybrać tę pierwszą opcję i kiedy tylko rodzice wyjeżdżają z zamku podbijać niepodbite jeszcze krainy, postanawia się ulotnić. A że w lochach akurat przebywa drużyna szlachetnych bohaterów, postanawia ją zabrać ze sobą, jako przykrywkę. Jako że wzajemne relacje mieszkańców Ciemnego Imperium i jasnych królestw od stuleci pełne są narastających stereotypów, wzajemnej niechęci i zastarzałej wrogości, zapowiada się ciekawy eksperyment socjologiczny.

Diran jest postacią (i jednocześnie narratorem lwiej części tekstu) niewątpliwie ciekawą. Z jednej strony to dobry chłopak, serce ma na właściwym miejscu, a że charakter mało subtelny, no cóż, nie mona mieć wszystkiego. Z drugiej dość zabawnie jest obserwować, jak odbił się na jego charakterze status trzymanego w złotej klatce książątka (z czego sam zainteresowany najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy). Nie jest to typ, który dziwi się, że jedzenie w jego misce nie pojawia się samo (względnie nie jest magicznie materializowane przez służbę), to byłoby zbyt nudne. To raczej dzieciak przekonany o swojej niewątpliwej potędze i niezniszczalności, święcie wierzący, że nic złego nie może mu się stać, z każdych kłopotów się wykaraska kosztem najwyżej manta od wściekłego ojca i ogólnie nikt mu nie podskoczy. I niestety, najwyraźniej ma rację.

Książę Diran bowiem, z racji swojego pochodzenia jest potężnym magiem, który w razie potrzeby może się stać właściwie niepokonaną machiną bojową (Ciemni Władcy to w tym uniwersum coś jakby osobna rasa rozumna, obdarzona specjalnymi umiejętnościami). Dzięki temu rzeczywiście z każdej opresji nie tylko wychodzi obronną ręką, ale jeszcze towarzyszy wyciąga i nawet się nie spoci, traktując przy tym wszelkie kłopoty z nonszalancją, która chyba miała być zabawna, ale w pewnym momencie jest już tylko irytująca. Przez pierwszą połowę lektury towarzyszyła mi nieznośnie gęstniejąca aura Garego Stu, unosząca się nad Diranem. No bo jak się tu przejąć losami bohaterów, kiedy człowiek wie, że tak właściwie to żadne zagrożenie nie jest w stanie im zaszkodzić? Na szczęście gdzieś w połowie autorki się zreflektowały i okazało się, że Diran ma jednak powody do obaw, a największym zagrożeniem nie tylko dla drożyny czy wrogów, ale i dla siebie, jest nie kto inny, tylko on sam. I choć rozwiązując tę sprawę autorki poszły cokolwiek na łatwiznę, to doceniam pomysł i wątek.

Drużyna jasnych bohaterów, z którymi książę podróżuje nie prezentuje się szczególnie interesująco. Autorki trochę robią sobie jaja z klasycznych erpegowych drużyn, które jak wiadomo koniecznie muszą się składać z wojownika, łucznika, maga, kapłana/uzdrowiciela i złodzieja, przy czym każda funkcja może być zdublowana, ale tylko pod warunkiem, że będzie pełniona przez istoty różnych ras. No więc mamy elfkę, po której (częściowo słusznie) Diran spodziewa się, że będzie wyniosła i niedostępna (to jest w ogóle interesujące, jak bardzo autorzy zza wschodniej granicy uwielbiają dekonstruować tolkienowskie elfy), mamy gburowatego krasnoluda, mamy barbarzyńskiego wojownika z równie wojowniczą żoną (to też jest ciekawe we wschodniej fantastyce, to rodzinne podejście do wojaczki, w zasadzie niespotykane na zachodzie) i mrocznym sekretem w przeszłości. Mamy małoletnią i dość specyficzną kapłankę i wreszcie złodziejaszka, który chowa do ciemnych osobistą urazę i nie jest tym, na kogo wygląda. Zabawę trochę psuje fakt, że Diran wszelkie sekrety rozgryza trochę za szybko jak na mój gust.

Dużo lepiej wypadają postacie drugoplanowe nie podróżujące z księciuniem, zwłaszcza jego rodzinka. Matka jest oczywiście irytująco nadopiekuńcza względem najmłodszego dziecka, ale poza tym to silna kobieta, która nie tylko potrafi ogarnąć cały zamek i czwórkę niesfornych latorośli, ale i wesprzeć męża w kampanii wojennej. Starsi bracia Dirana to również fajne chłopaki, ciągle jeszcze młodzi i narwani, ale potrafiący tez przyjąć na siebie książęce obowiązki, jeśli zachodzi potrzeba (siostra za to wypada mocno bezbarwnie). Sam Ciemny Władca to taki przykładny ojciec na stanowisku, który próbuje przygotować synów na przejęcie schedy, gdy jego zabraknie, a na razie powierza im proste zadania, żeby nabrali wprawy. Sympatyczny gość ogólnie.

Świat przedstawiony to typowa kraina fantasy nr 329 – nie spodziewałam się niczego innego, więc nie czułam się rozczarowana. Oczywiście autorki starały się nadać swojemu światu rys indywidualny, tylko nie jestem pewna, czy metody, które wybrały się sprawdził. Otóż postanowiły wrzucać do wypowiedzi bohaterów a to nazwę jakiegoś lokalnego zwierzaka, a to powiedzonko w lokalnym narzeczu, które później wyjaśniały w przypisach cytatem z lokalnej literatury popularnonaukowej. I z jednej strony to trochę wygląda jak pójście na łatwiznę, z drugiej, rzeczone zwierzęta faktycznie pojawiają się gdzieś tam w tle i pełnią swoją funkcję, więc nie jest to tak do końca pozbawiona sensu metoda.

Jeszcze zdanie o smokach, bo ktoś pytał. Są, znaczy się tak z imienia to jest jeden – ulubione zwierzątko brata głównego bohatera. Mają status inteligentnych wierzchowców bojowych (ale nie tak inteligentnych, żeby je uznać za rasę rozumną) i nawet ze dwie, trzy sceny.

No i tak – z jednej strony to jest dokładnie taka powieść, jakiej oczekuję w ramach guilty pleasure – lekka, zabawna, przyjemna w czytaniu, może niezbyt mądra, ale pozytywna. Pewnie po kolejny tom sięgnę, zwłaszcza, że z zza horyzontu wyłania się jakaś większa intryga. Ale chciałoby się czegoś więcej jednak. Choć może to jak mieć pretensje do hamburgera w Maku, że nie jest zrobiony z wołowiny kobe.

Ksiązkę otrzymałam od wydawnictwa Papierowy Księżyc.

Tytuł: Ciężko być najmłodszym
Autor: Ksenia Basztowa, Wiktoria Iwanowa
Tytuł oryginalny: Тяжело быть младшим…
Tłumacz: Ewa Białołęcka
Cykl: Książę Ciemności
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Rok: 2017
Stron: 404

środa, 8 listopada 2017

"Daleka droga do małej, gniewnej planety" Becky Chambers

Przemoc jest nudna. Wiem, że to niepopularny pogląd ale im starsza jestem, tym bardziej do mnie przemawia. Niestety, niewielu autorów go podziela – zwłaszcza w fantastyce (szczególnie rozrywkowej) panuje przekonanie, że nic tak nie ożywia fabuły, jak porządne mordobicie. I tylko skala tegoż mordobicia się zmienia w zależności od gatunku: dla urban fantasy to zwykle sparing w którym ostatni sprawiedliwy zbiera bęcki (albo je rozdaje, w zależności od tego, jak blisko końca książki jesteśmy), dla fantasy epickiej będzie to bitwa kilku armii a dla space opery wymiana ognia między możliwie dużą ilością statków kosmicznych. Podziela wielu, ale nie wszyscy – Becky Chambers na przykład uważa, że bardziej interesujące są interakcje między bohaterami.

Rosemary bardzo potrzebuje pracy, najlepiej jak najdalej od domu. Nic więc dziwnego, że chętnie przyjęła posadę urzędniczki (zgrzyta mi ta urzędniczka, nawiasem mówiąc. Zakres obowiązków pasuje raczej do asystentki albo administratorki) na statku dalekiego zasięgu z mieszaną załogą. Statek o wdzięcznej nazwie „Wędrowiec” zamieszkuje dość barwna załoga, składająca się z istot czterech gatunków (pięciu, jeśli liczyć SI). A ponieważ kapitan przyjął intratne zlecenie, wymagające bardzo długiej podróży, będziemy mieli (czytelnicy i Rosemary) okazję bliżej poznać załogę, wraz z jej sekretami i wzajemnymi animozjami.

Przyznam szczerze, że to nie jest pozycja dla miłośników klasycznych space oper (a już z pewnością nie dla miłośników batalistycznego nurtu podgatunku). Fabuła nie opiera się na żadnym konflikcie, którego eskalację/rozwiązanie czytelnik mógłby obserwować. Nie ma żadnego określonego zagrożenia, z którym bohaterowie muszą się mierzyć. Nie ma wielkich bitew. Słowem: nie ma nic, co zwykle tworzy fabuły powieści fantastycznych. Głównym trzonem opowieści jest to, jak grupa istot rozumnych wywodzących się z całkowicie obcych sobie nawzajem kultur i o zupełnie różnych potrzebach, próbuje się dogadywać, zawiązywać przyjaźnie i ogólnie jakoś koegzystować na niewielkiej przestrzeni statku kosmicznego. I czasem tylko dzieją się rzeczy, które, bywa, przytrafiają się podczas długich rejsów. Dla mnie (i dla tych wszystkich, którzy grając w jakiegoś kosmicznego FPSa albo oglądając kolejny film o wojnie w kosmosie pomyśleli: „Rany, jaki to fajny, bogaty setting, aż szkoda go na jakieś głupie strzelanie”) bomba.

A sami bohaterowie? Wbrew pozorom, jakie może sprawiać blurb, autorka nie skupia się na Rosemary, a sprawiedliwie dzieli narrację pomiędzy wszystkich (nawet najbardziej egzotycznych) członków załogi. Otrzymujemy narrację skaczącą między bohaterami, ale nie skupiającą się na wydarzeniach, tylko na osobach. Wypada zaskakująco świeżo, nawet jeśli pewne procesy nie są pokazane w całości. Autorka użyła postaci kosmitów nieco instrumentalnie, aby każdym zilustrować pewien problem etyczno-kulturowy (podobny zabieg zastosowała Le Guin w „Ekumenie”, choć oczywiście literacko zrobiła to dużo lepiej), przy czym część z nich jest prezentowana bardziej jako przedstawiciel gatunku niż odrębna osoba, ale mają przy tym osobowości i charaktery, więc wybaczam.

Nie chcę brnąć tu w konkretne opisy poszczególnych postaci, bo raz, że zepsułabym Wam połowę frajdy z lektury (relacje między nimi bywają bardzo dynamiczne i ewoluują nieraz dość... zaskakująco. Powiedzmy, że czytelnicy o konserwatywnych poglądach mogą być nieco zszokowani), a dwa, rozdrobniłabym się w dygresjach, zapętliła i całkiem zgubiła wątek gdzieś na dwudziestej stronie tej (monstrualnej podówczas) notki. Dodam tylko, że (poza może kapitanem statku) wymykają się schematom znanym z gatunku, pogrywając z nimi po drodze. Przy czym widać pewną nowatorskość w podejściu do komunikacji – większość postaci, zamiast dopiekać sobie gatunkistowskimi docinkami (nawet ubranymi w kostium przyjacielskiego żartu) czy w ramach elementu komicznego oceniać/czuć zażenowanie cudzymi zwyczajami dokłada wszelkich starań, aby nie uprzedzać się do odmienności i nie obrazić nieopatrzna uwagą współzałoganta. Nie dlatego, że mogłoby to wywołać nagły odwet, ale po prostu dlatego, żeby nie sprawić mu przykrości.

Warstwa językowa jest w pewien sposób dwoista. Bo nie oszukujmy się, technicznie to zdecydowanie nie jest wielka literatura. Styl mamy zdecydowanie z tych „przejrzystych” - prosty, dynamiczny, pozbawiony cech charakterystycznych, z pewnymi niezręcznościami (choć przyznam, że nie wiem, czy za te ostatnie obwiniać autorkę, czy tłumaczkę). Z drugiej strony, pewnym kwestiom autorka poświęca bardzo wiele uwagi – na przykład, żeby o przedstawicielach innych ras rozumnych zawsze mówiono „osoby”, a nie ludzie chociażby. Moim zdaniem to dobrze wróży na przyszłość – mamy wszak do czynienia z debiutem, pewne błędy są nieuniknione, ale później można je naprawić.

Poza samymi bohaterami, autorka dba też o różnorodność świata przedstawionego. Co jest dość logiczne, ponieważ aby wiarygodnie opisać różnice kulturowe, niezbędne jest też sprawne nakreślenie kultur. Mamy więc (klasycznie w sumie) Wspólnotę Galaktyczną, która sama w sobie nie jest monolitem, bo różne gatunki ją tworzące mają sprzeczne nieraz interesy. Mało tego, wewnątrz tychże gatunków również istnieją różne frakcje. (Znamienne, że najbardziej skłóceni i zróżnicowani pod tym względem są ludzie). Wszyscy oni jednak mimo wewnętrznych pęknięć i miejscowej niezgody, trzymają wspólny front cywilizacyjny – może nie idealny, ale zrozumiały i pozwalający w miarę bezpiecznie koegzystować. Po przeciwnej stronie mamy toremich, którzy zupełnie nie rozumieją wartości propagowanych przez WG i jawią się jej mieszkańcom jako chaotyczne, agresywne, nieobliczalne stwory (autorka ich zupełną odrębność podkreśliła fajną scenką – otóż w skład WG wchodzi pewien gatunek, który wszystkie inne uznają za wyjątkowo estetyczny. Dla toremich jest paskudny). W większości space oper taki układ szybko eskaluje w pełnowymiarową wojnę, w której bohaterowie mają okazję się wykazać.

No i tak: obiektywnie to nie jest jakaś wybitna lektura. Trochę brakuje jeszcze autorce literackiej ogłady i momentami wyczucia. Ale zupełnie subiektywnie dla mnie to świetna rzecz – takie space opery mogłabym czytać pasjami. Poza tym wyczuwam potencjał – kiedy autorka nabierze trochę doświadczenia, może pisać rzeczy świetne już zupełnie obiektywnie. Mam nadzieję, że tego doczekam.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Zysk i s-ka.



Tytuł: Daleka droga do małej, gniewnej planety
Autor: Becky Chambers
Tytuł oryginalny: The Long Way to a Small Angry Planet
Tłumacz: Agnieszka Sylwanowicz
Cykl: Wayfarers
Wydawnictwo: Zysk i s-ka
Rok: 2017
Stron: 494

sobota, 4 listopada 2017

Na co poluje Moreni: listopad 2017

Zakładałam, że listopad będzie dość ubogim miesiącem, ale wygląda na to, że jednak nie. Bo choć tym razem brak jednoznacznych must have, to i tak trochę ciekawych tytułów jest.

Jest też całkiem sporo spadkowiczów z zeszłego miesiąca: "Szepty pod ziemią" Aaronovitcha i "Geniusz ptaków" Ackerman przesunięto na 3 listopada, a "Labgirl" na 8 listopada. Tymczasem przejdźmy do rzeczy.

"Początek" Meredes Lackey
6 listopada

Właściwie to też jest spadkowicz, ale ponieważ nie załapał się w zeszłym miesiącu, to udawajmy, że nic się nie stało.;) Od jakiegoś czasu chciałam się zapoznać z Heroldami z Waldemaru, ale cykl ma zniechęcająca ilość odnóg i podcykli - trudno się w tym połapać. A ten tom ma taki zachęcający tytuł - "początek". Czy coś może pójść nie tak?

Fascynująca powieść fantasy, dziejąca się w pełnym magii świecie Valdemaru.
Trzynastoletniemu osieroconemu chłopcu o imieniu Mags udaje się wydostać z kopalni kamieni szlachetnych, w której zmuszany był do niewolniczej pracy. Dzieje się tak dzięki temu, iż magiczny koń, Towarzysz, wskazuje go jako Wybranego – kogoś, kto w przyszłości stanie się Heroldem. Mags wyjeżdża do Haven i niespodziewanie znajdzie się w samym centrum dworskich intryg, gdzie nikomu nie może ufać. Nagle odkrywa, że posiada talent, o którym wcześniej nie wiedział, stając się jednocześnie świadkiem tworzącej się legendy – formowania Kolegium Heroldów.

"Belgariada" David Eddings
7 listopada

Kolejna klasyka gatunku (po trzech tomach Le Guin. Swoją drogą, liczyłam na czwarty, z czymś, co nie będzie wznowieniem, ale cóż) w tradycyjnym już kolekcjonerskim, listopadowym wydaniu od Prószyńskiego. Mam już ebooka do recenzji, więc czeka was pięć recek tego leciwego już cyklu.;)

 Miliony czytelników na świecie zachwyciły się magią bestsellerowego cyklu "Belgariada" Davida Eddingsa. Teraz dawni wielbiciele mogą raz jeszcze przeżyć tamten zachwyt, a niewtajemniczeni wyruszyć w niezwykłą podróż, pełną fantazji i przygód.
Wszystko zaczyna się od kradzieży Klejnotu, który od tak dawna chronił Zachód przed złym bogiem. Dopóki Klejnot przebywał w Rivie, jak stwierdzało proroctwo, tutejszy lud będzie bezpieczny od niszczącej mocy. Garion, prosty chłopak z farmy, dobrze zna legendę o Klejnocie, ale co do magii pozostaje dość sceptyczny. Aż zrządzeniem losu przekonuje się, że nie tylko legenda Klejnotu jest prawdziwa, ale że on sam musi wyruszyć z misją niebezpieczną i niezwykłą, by go odzyskać. Garion bowiem jest dzieckiem przeznaczenia, sam los prowadzi go coraz dalej od domu, nieuchronnie pchając ku dalekiemu celowi, ku przerażającej konfrontacji z najczarniejszą magią – a od wyniku starcia zależeć będzie przyszłość świata.

"Białowieża szeptem" Anna Kamińska
8 listopada

Dość ciekawe zjawisko w sumie - w serii biografii znanych osób pojawia się nagle biografia miejsca. Niezobowiązująco zapisuję, ku pamięci.

Biografia jedynego takiego miejsca na Ziemi. Szeptem o najgłośniejszym lesie w Europie.
Nowa, reporterska książka Anny Kamińskiej, autorki hitowych wspomnień o Simonie Kossak oraz Wandzie Rutkiewicz.
"Puszcza ginie!" – alarmował w 1922 roku młody reporter Józef Mackiewicz, obserwując niszczycielską działalność kornika i masowy wyrąb lasu. Niemal pięćdziesiąt lat później w Puszczy Białowieskiej pojawiła się Simona Kossak, córka słynnego malarza, która pragnąc wolności, osiadła w pobliskiej leśniczówce. Na początku XXI wieku śladami ostatniej Kossakówny do Białowieży zawitała z kolei młoda pisarka, Anna Kamińska.
Wszyscy oni byli "nawłocz", co w języku miejscowych oznacza przybysza, który dotarł z daleka. Każde z nich trafiło do Białowieży z innych powodów. Połączyła ich miłość do tego niezwykłego miejsca i ludzi – tych, których jeszcze dziś można spotkać na ulicach oraz tych, których legenda wciąż żyje wśród białowieżan.
"Wiedźmar" był prawdziwym czarnoksiężnikiem, "Mordala" – zapalonym kłusownikiem, Filimon Waszkiewicz – ostatnim bartnikiem. Olga Nieścierowna miała własny rower za całodobową karetkę pogotowia. Halinę Kopalińską do Białowieży rzuciła burzliwa historia XX wieku, która odebrała jej męża i majątek pod Wilnem, zaś Jan Potoka – późniejszy hodowca żubrów – przetrwał dziesięć lat łagru tylko dzięki nadziei, że jeszcze kiedyś wróci do Puszczy. Podobnych "kolorowych ptaków" było znacznie więcej... Prawosławnych, katolików, Żydów i partyjnych. Drwali i ekologów. Jedni poświęcali życie, by chronić las, inni bez skrupułów go ograbiali. Wszyscy nierozerwalnie związani przez los z Puszczą.
Wielopokoleniowe rodzinne wspomnienia, dwie wojny światowe, historie udokumentowane w kronikach kryminalnych, pijackie majaki, w których zaciera się granica między trudną rzeczywistością a niemniej ciężkim snem. Pasjonująca biografia Białowieży, ukazująca ludzką twarz najgłośniejszego lasu Europy.

"Wszyscy powinniśmy być feministami" Chimamanda Ngozi Adichie
13 listopada

Może być ciekawie. No i spojrzenie raczej świeże, bo autorka z innego kręgu kulturowego (choć okładka paskudna).

Autorka bestsellerowej powieści "Amerykaana" zastanawia się, co to znaczy być dzisiaj kobietą i zachęca, byśmy wszyscy zostali feministami.
Cieszący się wielkim uznaniem, skłaniający do refleksji bestseller z listy "New York Timesa" – osobisty, poparty doskonałymi argumentami esej powstały na podstawie podziwianej prelekcji o tym samym tytule wygłoszonej na konferencji TEDx.
Chimamanda Ngozi Adichie formułuje jedyną w swoim rodzaju definicję feminizmu dla XXI wieku, zakorzenioną w pojęciach wspólnoty i świadomości. Czerpiąc pełnymi garściami z własnego doświadczenia oraz głębokiego zrozumienia często ukrytych realiów polityki seksualnej, ta niezwykła autorka stara się obalić stereotypy i obłaskawić złe skojarzenia zwykle wywoływane przez ten termin. Twierdzi, że koniecznie należy położyć nacisk na feminizm, ponieważ skupianie się jedynie na ogólnych prawach człowieka sprawia, że odrzuca się problemy związane z płcią kulturową. Byłoby to w pewnym stopniu udawanie, że to nie kobiety są od wieków wykluczane. Jej nacisk na doświadczenia czarnoskórych kobiet to aspekt tego ruchu, na który nie zawsze zwracano należytą uwagę, a Adichie przedstawia swoje własne feministyczne przeżycia w bardziej konserwatywnej nigeryjskiej kulturze.

"Nieznane więzi natury" Peter Wohlleben
22 listopada

Poprzednia książka autora głęboko mnie zawiodła, ale po pierwsze, one są takie śliczne a po drugie jestem zdecydowana dać mu kolejna szansę. Choć po prawdzie nie wierzę, żeby mógł pisać o sieci powiązań w środowisku choć w połowie tak dobrze, jak Haskell.

Jeśli spotkałeś się z opinią, że korniki to pasożyty niszczące zdrowy las, a wilki to tylko niebezpieczne drapieżniki, które wymagają odstrzału, to sprawdź, jakie są fakty. W swojej kolejnej książce Peter Wohlleben ujawnia niewidoczne dla zwykłych obserwatorów więzi między wszystkimi stworzeniami – od niepozornych bakterii po dumne dęby i buki. Pokazuje nam, jak ich wzajemne relacje trzymają w ryzach cały bogaty ekosystem przyrody, dzięki czemu pozostaje on w równowadze. Uświadamia, że o środowisko musi dbać nie tylko "leśna policja". Przyszłość niebieskiej planety zależy również od tego, jaką rolę w tym procesie odegrają ludzie.

"Artemis" Andy Weir
22 listopada

"Marsjanin" podobał mi się bardzo, więc chętnie przyjrzę się nowej powieści autora. Może tym razem tłumaczenie będzie lepsze.

Nowa powieść autora bestsellerowego "Marsjanina"! Prawa filmowe kupione na pniu przez producentów hitu "Marsjanin" z Mattem Damonem w roli głównej.
Dwudziestokilkuletnia Jazz marzy o życiu pełnym przygód i dostatków, ale musi pogodzić się z rzeczywistością małego prowincjonalnego miasteczka. Nawet bardzo prowincjonalnego, bo na Księżycu. Dobrze żyje się tam właściwie tylko turystom i ekscentrycznym miliarderom, a tak się składa, że Jazz nie należy do żadnej z tych kategorii. Ma nudną, nisko płatną pracę i sporo długów do spłacenia, nic więc dziwnego, że dorabia drobnym przemytem. Nic dziwnego, że kiedy pojawia się okazja zarobienia naprawdę wielkich pieniędzy, nie waha się ani chwili. Tym, że misterny plan oznacza konieczność wejścia na ścieżkę przestępstwa, nie przejmuje się ani przez chwilę. Prawdziwe problemy pojawiają się wtedy, kiedy okazuje się, że plan ma drugie i trzecie dno oraz że Jazz dała się wplątać w gigantyczną aferę o potencjalnie katastrofalnych konsekwencjach.


"Cinder" Marissa Meyer
22 listopada

Wbrew obiegowej opinii, fantastyka zaskakująco rzadko korzysta z motywów baśniowych. A Sagę Księżycową polecano mi już od dawna, ma też mnóstwo wiernych fanów w sieci. Toteż chętnie spróbuję, choć zaufanie do internetowych opinii mam dość umiarkowane. Ma być w twardej oprawie.

Po raz pierwszy w Polsce – pełne wydanie Sagi Księżycowej w oryginalnej oprawie graficznej!
Cinder to hit, który zachwycił czytelników na całym świecie. Ta baśniowo-futurystyczna adaptacja
opowieści o Kopciuszku zachwyca, wprawia w osłupienie, porusza i oczarowuje, a imponująca wizja
świata odmalowana piórem Marissy Meyer na zawsze zapisze się w historii literatury.
Ulice Nowego Pekinu zapełniają ludzie i androidy. Szaleje śmiertelna zaraza. Bezlitośni księżycowi
ludzie patrzą z kosmosu, czekając na swoją okazję. Nikt nie wie, że los ziemi spoczywa w rękach
jednej dziewczyny…
Cinder, utalentowana mechanik, jest cyborgiem. Tym samym należy do obywateli drugiej kategorii.
Jej przeszłość to tajemnica. Macocha jej nienawidzi i wini ją za chorobę przyrodniej siostry. Ale kiedy
jej życie splątuje się z życiem przystojnego księcia Kaia, Cinder nagle wpada w sam środek
międzygalaktycznej wojny i doświadcza zakazanego zauroczenia. Rozdarta pomiędzy obowiązkiem a
pragnieniem wolności, lojalnością a zdradą, musi odkryć prawdę o swojej przeszłości, by uratować
przyszłość świata.


"Siedem prawd" Eduardo Jauregiu
23 listopada

Jest kot, jest impreza.

"Sens życia? Zawracanie głowy. Musisz wiedzieć tylko jedno: kiedy jesz, jedz. Kiedy idziesz, idź. "
Sybilla, kotka
Na krótko przed czterdziestymi urodzinami Sara León uświadamia sobie, że nie jest szczęśliwa. Praca w Londynie nie sprawia jej już satysfakcji. Związek z Joaquínem niepokojąco stygnie. Na skutek kryzysu gospodarczego nad jej rodziną w Hiszpanii zebrały się czarne chmury. Ale najgorsze dopiero ma nadejść. To wówczas w jej życiu pojawia się (ściśle rzecz biorąc, wchodząc do niego przez okno) Sybilla, pełna elegancji i tajemniczości abisyńska kotka, która zdaje się wiedzieć o egzystencji Sary więcej niż ona sama. Ze swoim przenikliwym, kocim spojrzeniem, osobliwym poczuciem humoru i mądrością gatunku obserwującego ludzi od tysięcy lat Sybilla oferuje Sarze pomoc w uporaniu się z jej problemami oraz w odzyskaniu marzeń. Jest tylko jeden szkopuł: Sara podejrzewa, że Sybilla może być kolejnym potwierdzeniem początkowego stadium jej rozchwiania emocjonalnego. A może niektóre koty potrafią mówić?
Jest wiele dróg prowadzących do szczęścia, ale koty znają wszystkie skróty.


"Atlantis Rising 1: Rycerze Atlantydy" Evan Currie
23 listopada

Przyznam, że akurat zapowiedzi tego wydawnictwa śledzę wyłącznie ze względu na Lubego - nie cierpię militarnego SF, ale on uwielbia i regularnie czytuje kilka cykli od tegoż wydawcy. Stąd sprawdzam, co też u nich. I natrafiłam na coś w podobie fantasy. I jeśli to przeczytam, będę pewnie żałować, ale od czego są guilty pleasures. A zawsze istnieje prawdopodobieństwo, że się pozytywnie zaskoczę.

Przegraliśmy wojnę. Nadeszła zguba. Czas na rewanż.
Po upadku cywilizacji władzę w dawnej domenie ludzi objęły demony. Wspaniałe dzieła ludzkości zostały zniszczone, ci, którzy przetrwali, żyli pokornie w niewoli, nie pamiętając o wielkich osiągnięciach swoich przodków. Byli jednak też tacy, którzy chcieli walczyć, i zapłacili za swój opór krwią. Ostatecznie demony zwyciężyły, pozostało im tylko pozbyć się resztek ludzkości z terytorium podbitego świata.
Młoda dziewczyna, która wchodzi w dorosłe życie, wkracza zarazem w cień przeznaczenia.
Demony nauczą się jeszcze czegoś od ludzi, zanim nazwą nasz świat swoim.
Ogień oczyszczenia zapłonie od małej iskierki... a przed świtem panują zawsze najgłębsze ciemności.


"Modyfikowany węgiel" Richard Morgan
24 listopada

Tutaj, przyznam, jestem rozdarta - niby klasyka cyberpunku, ale opinie ma różne. A ja raczej nie jestem miłośniczką gatunku. Zobaczymy.

W dwudziestym szóstym wieku ludzkość rozprzestrzeniła się po galaktyce, zabierając ze sobą w zimny kosmos podziały rasowe i religijne. Pomimo napięć i wybuchających tu i ówdzie krwawych wojen, Protektorat NZ trzyma nowe światy żelazną ręką, wykorzystując do tego elitarne oddziały uderzeniowe: Korpus Emisariuszy.
To, czego nie mogła zagwarantować religia, zapewniła technika. Teraz, gdy świadomość można zapisać w stosie korowym i w prosty sposób przenieść do nowego ciała, śmierć stała się zaledwie drobną niedogodnością. O ile tylko stać cię na nowe ciało...
Były Emisariusz NZ, Takeshi Kovacs, zna smak umierania, to ryzyko zawodowe. Jednakże ostatnia śmierć była szczególnie brutalna. Przetransferowany strunowo na odległość wielu lat świetlnych, upowłokowiony w nowym ciele w San Francisco na Starej Ziemi i rzucony w środek spisku bezwzględnego nawet jak na standardy społeczeństwa, które zapomniało o wartości ludzkiego życia, szybko uświadamia sobie, że pocisk, który wybił dziurę w jego piersi na Świecie Harlana, to dopiero początek problemów.


"Wieża" Daniel O'Malley
29 listopada

To urban fantasy, rzadki ptak na naszym rynku wydawniczym. A ponieważ lubię ten gatunek (mimo że częściej przynosi rozczarowanie niż satysfakcję), chętnie przyjrzę się bliżej.

Myfanwy Thomas budzi się w parku w Londynie otoczona martwymi ciałami. Niczego nie pamięta, więc jej jedyną nadzieją na przetrwanie jest zaufanie instrukcjom, które zostawiła w kieszeni jej poprzedniczka. Wkrótce dowiaduje się, że jest Wieżą – wysoko postawionym członkiem sekretnej organizacji, która chroni świat przez nadnaturalnymi zagrożeniami. Ale wewnątrz organizacji jest zdrajca, który pragnie jej śmierci.
Walcząc o własne bezpieczeństwo, Myfanwy trafia na osobę z czterema ciałami, apodyktyczną kobietę, która może wejść w jej sny, sekretny ośrodek szkoleniowy, gdzie dzieci przekształca się w zabójczych wojowników i spisek większy, niż mogłaby sobie wyobrazić.
Zaskakująca i zabawna, Wieża jest szokująco pomysłowym debiutem, skierowanym do czytelników, którzy lubią powieści szpiegowskie z dawką fioletowego szlamu.


Dodatkowo

"O ziołach i zwierzętach" Simona Kossak
8 listopada

Marginesy postanowiły wznowić niektóre tytuły ze swojej serii Eco w twardej oprawie i nowej szacie graficznej. W zeszłym miesiącu wyszła "Mądrość i cuda świata roślin" (o której wiedziałam, że będzie w nowej lepszej oprawie już wcześniej, ale stwierdziłam, że dwa różne formaty w jednej serii wydawniczej to już i tak za dużo i nie będę dodawać trzeciego), a w tym - "O ziołach i zwierzętach". Tak więc jak macie miłośnika książek i przyrody w znajomych i zastanawiacie się, co mu dać na mikołajki, to to jest jakaś opcja.

Żeby się zachwycać, nie trzeba mieszkać w lesie – wystarczy rozejrzeć się przed blokiem, w parku, nad strumykiem. Wszędzie wokół rosną rośliny pozornie banalne – lebiodka, babka, macierzanka, pokrzywa. Żyją zwierzęta, na które na co dzień nie zwraca się uwagi – mrówki, winniczki, trzmiele.
Ale dzięki Simonie Kossak okazuje się, że żadne z nich nie jest zwykłe ani banalne: są trujące rośliny, które uzdrawiają, takie, którymi przepędzano złe uroki, i takie, które najlepiej leczyły rany głowy. Poznamy zwyczaje seksualne korników, pokojową naturę dzików i przekonamy się, czy dymówki zimują w mule na dnie zamarzniętych jezior. Pojawią się też żurawie, sarny, wilki, rysie, rusałki czy ropuchy. Dziurawiec, fiołek, jarzębina czy bukwica.
O ziołach i zwierzętach to księga dziwów. Cudowny zielnik. Simona Kossak daje tu wyraz swojej niezwykłej wrażliwości, która ujawnia się w szczególnym widzeniu świata.
Nowe, jeszcze piękniejsze wydanie książki, dzięki której świat wokół nas już nigdy nie będzie wyglądał tak samo.


 

środa, 1 listopada 2017

Stosik #97

Stosik tym razem mamy dość pokaźny, ale nie przesadny. Zaspokoiłam większość swojej zakupowej żądzy (jeszcze kilka tytułów chętnie bym nabyła, ale wicie, rozumicie, zbliżają się święta, trzeba pozostawić bliskim jakiś wybór), przyszło też trochę rzeczy do recenzji. No i tak o:


Na górze zdobycz z biblioteki - zbiór reportaży Mariusza Szczygła "Gottland". Swego czasu zbierały tony zachwytów w blogosferze, więc liczę na smaczny posiłek.

Dalej mamy set zakupowy. "Jak zwierzę" planowałam kupić od kiedy tylko wypatrzyłam je w zapowiedziach. "Prywatne życie łąki" nie interesowało mnie aż tak, ale jest bardzo ładnie wydane i spójne wizualnie z "Jak zwierzę", więc stwierdziłam, że dam kredyt zaufania (obym nie rozczarowała się jak z Wohllebenem). Swoją drogą, to chyba jakaś nowa moda - wydawajmy książki spójne tematycznie i wizualnie, jakby były serią, ale nie nazywajmy ich oficjalnie serią. Czarne też ostatnio podobnie robi (co w sumie też na stosiku widać).

"Pośród cieni" Agnieszki Hałas to był oczywisty must have - jak ktoś chce wiedzieć, dlaczego,to może poczytać tutaj.

"To nie jest kraj dla pracowników" zwabiło mnie tytułem i faktem, że było w promocji. Po czym okazało się, że jest to książka nieco inna, niż zakładałam, ale nic to, kiedyś się przeczyta.

Dalej mamy dwie pozycje z Czarnego. "Farba znaczy krew" to byłą książka z rodzaju "i chciałaby, i boję się" -  no i ostatecznie kupiłam ją spontanicznie w promocji. Jak na razie jest trochę rozczarowująca, ale tylko ją nadgryzłam, więc może się jeszcze rozwinie. "W królestwie Monszatana" traktuję... sama nie wiem, jak. Trochę jak reportaż popularnonaukowy, trochę jak książkę debunkującą najpopularniejsze mity na temat. Mam nadzieję, że będzie dobra.

Dalej mamy set reenzencki. "Daleka droga do małej, gniewnej planety" to mój absolutny hit od Zyska i s-ki. Acz nie dla każdego to będzie hit. A dlaczego to na dniach napiszę, bo książka już przeczytana.

Na koniec zalew nowości (lub wznowień, jak kto woli) od Papierowego Księżyca. Jako że lekka wschodnia fantasy to ostatnio moje ulubione guilty pleasure, nie mogłam nie zwrócić uwagi na "Ciężko być najmłodszym" (swoją drogą, okładki rosyjskiego fantasy od PK ostatnio wyglądają coraz bardziej tak, jakby wszystkie te powieści rozgrywały się w jednym uniwersum). A trylogia "Silos" to wyraz mojej gotowości do zapoznania się z jakimś postapo.

Poza papierem, mam jeszcze dwie rzeczy wirtualne, do recenzji od Prószyńskiego i s-ki:


Po lewej omnibus "Belgariady" Eddingsa - klasyki gatunku wydawanej przez Prószyńskiego w nieoficjalnej serii klasyki gatunku (w której do tej pory pojawiała się wyłącznie Le Guin). Znać wypada, ale kupić bym raczej nie kupiła w papierze, bo ponoć już się zestarzało. Choć wydanie będzie piękne zapewne. A obok "Dziesięć tysięcy żyć", które, mam nadzieję, nie okaże się li tylko ckliwym romansidłem.

środa, 25 października 2017

Film ostatnio widziałam #13 - "Geostorm"

Mam słabość do wysokobudżetowych filmów katastroficznych – pełnią dla mnie tę samą rolę, co dla większości kobiet głupiutkie komedie romantyczne. Są jacyś tam bohaterowie, którzy przeżywają swoje konflikty, są wielkie dramaty, ale ogólnie zawsze wszystko kończy się dobrze, źli zostają ukarani, dobrzy nagrodzeni i zwykle ktoś znajduje miłość życia/godzi się z drugą połówką. Wyższość filmów katastroficznych jak dla mnie polega na tym, że mają znacznie więcej widowiskowych efektów specjalnych, które wysoko cenię. Bo poza tym to są równie głupiutkie, jak te komedie.

I Geostorm bardzo ładnie się w moje oczekiwania wpisuje. Choć przyznam, że jest kilka rzeczy i akcentów, które rozgrywa (rozkłada) w sposób niezbyt często spotykany. A ponieważ chcę się nad tymi różnymi rzeczami pochylić, to ostrzegam – nocia zawiera ZABÓJCZE SPOILERY.

Fabularnie w sumie nic szczególnie nowego – po modzie (spotęgowanej przez mający nastąpić pięć lat temu koniec świata) na niszczycielskie żywioły, przed którymi można najwyżej uciec, bo zapobiec się nie da, mamy teraz odwrót ku złej i dobrej ludzkości. Zła ludzkość zrobiła efekt cieplarniany i wobec nasilających się huraganów, powodzi i susz utrzymywała, że to tylko chwilowe anomalie (zabawne, że jedynym chyba krajem wysoko rozwiniętym oficjalnie utrzymującym takie poglądy są Stany Zjednoczone. Wychyla nam się z filmu taka samokrytyka). Dobra ludzkość spięła pośladki i wspólnymi, światowymi siłami ONZ zbudowała system satelitów kontrolujących klimat (kolejnym zabawnym faktem jest to, że najwyraźniej cały ten wybudowany za grube miliardy – i pewnie niewiele mniej ich pożerający na utrzymanie – system ma jedynie utrzymać status quo w najwyraźniej coraz bardziej zanieczyszczonej atmosferze, zamiast ją jakoś, nie wiem, pomagać przywrócić do pierwotnego stanu, kiedy utrzymywanie systemu kosztującego grube miliardy nie byłoby już potrzebne. Acz w obronie twórców filmu dodam, że po ulicach jeżdżą elektryczne samochody. Przynajmniej dla mas). System przez kilka lat sprawował się bardzo dobrze, ale cosik ostatnio zaczął szwankować. Na przykład zamrażając przypadkowe wioski w Afganistanie. W związku z tym dwóch skonfliktowanych braci, pracujących do tej pory (choć nie razem) nad projektem (jeden ze strony administracyjno-rządowej, drugi – naukowej), musi zakopać topór wojenny i sprawdzić, co z systemem jest nie tak.

To jedna z tych fajnych, widowiskowych scen. Ale nieliczna.
Pierwszym miłym zaskoczeniem jest fakt, że jeśli chodzi o interakcje między bohaterami, główny nacisk został położony na konflikt pomiędzy dwoma braćmi. Z mojego doświadczenia wynika, że scenarzyści preferują raczej układy rodzic-dziecko lub związki okołomałżeńskie (hej, nawet w bajkach Disneya mamy tylko dwa filmy o rodzeństwie), a tu proszę. I jest to chyba najmocniejsza strona filmu (bo efekty specjalne są mocno takie se, najciekawsze ujęcia były w trailerze): konflikt eskaluje na początku, aby w trakcie fabuły bracia, w ogniu wykuwania spisku przeciw spiskowi, mogli się pogodzić (przy okazji zyskuje potwierdzenie ludowa prawda, że odległość ułatwia dogadanie się z rodziną. W tym przypadku trzeba się było wystrzelić na orbitę).

Problem polega na tym, że jeśli chodzi o komplementy dotyczące bohaterów, to… więcej ich nie ma. Poza jeszcze dziewczyną Maxa (młodszego z braci, agentkę Secret Service), która wykazuje jako takie objawy osobowości, reszta postaci to kartonowe kukiełki, scharakteryzowane jedna cechą, a czasem nawet i to nie (scenarzyści najwyraźniej doszli do wniosku, że w większości przypadków wystarczy za charakterystykę pełnione stanowisko). I tak mamy naukowca Azjatę, który odkrywa spisek i musi uciekać przed złymi ludźmi, żeby ostrzec Maxa (poza byciem naukowcem i Azjatą, znajomość z maksem to już jego ostatnia cecha). Problem w tym, że gdy dopadają go ci źli ludzie i ginie wepchnięty pod samochód, to mnie było z tego powodu bardzo wszystko jedno. No trochę przykro, że chłopaka przejechali, ale w sumie to jakiś losowy gość, o którym nic nie wiadomo, więc trudno. Tak samo jest z załogą stacji kosmicznej, na którą w ramach śledztwa udaje się grany przez Gerarda Butlera Jake Lawson – starszy z braci i właściwie twórca całego systemu. Jest taka urocza scenka, w której poznaje najważniejsze osoby na stacji – i w zasadzie dla większości tych szych, które teoretycznie powinny być ważne dla prowadzonego śledztwa jakakolwiek charakterystyka kończy się na podaniu funkcji. Jeden gostek z Meksyku jeszcze dwa razy kieruje robotycznym ramieniem, Niemka Ute, która teoretycznie jest najwyżej postawionym człowiekiem na stacji, z którym Jake się kontaktuje, służy do potakiwania mu i odnajdywania właściwych drzwi. 

Jestem tu ważnym naukowcem, więc będę za tobą, Główny Bohaterze, łazić i zadawać pytania w stylu "kto?", "jak?" i "dlaczego?", aby widzowie na pewno nie przegapili niczego z twojego wnikliwego rozumowania. Poza tym będę ci otwierać drzwi.
No i jest jeszcze Sabotażysta, oczywiście Anglik. Z którym mam kilka problemów. Pierwszy jest taki, że cła sytuacja na stacji kosmicznej to właściwie zagadka typu zamknięty pokój. Cała zabawa z tym typem zagadek polega na tym, żeby autor/twórca dał wystarczająco dużo poszlak, aby konsument mógł typować własnych podejrzanych na ich podstawie. A ponieważ nie wiemy niczego o bohaterach na stacji, bo scenarzysta z reżyserem postanowili zrobić z nich wydmuszki, to cała zabawa nie ma sensu. Sam Sabotażysta pojawia się w trzech scenach, z których dowiadujemy się, że a) lubi grać w gry i b) nie lubi Amerykanów. A to z kolei sprawia nie tylko, że ujawnienie go nie zaskakuje i nie obchodzi widza. Sprawia też, że nie ma sensu. Bo właściwie nie wiemy, dlaczego ten koleś zdecydował się zabić kilka miliardów ludzi. No niby coś tam krzyczy, że pieniądze go skusiły ale… dla mnie to słaba motywacja. Zwłaszcza w momencie, kiedy tymi pieniędzmi zapłacili ci za a) zniszczenie miejsca, w którym mógłbyś je wydać i b) zrobienie czegoś, co de facto uniemożliwia ci powrót do resztek tego miejsca, gdzie miałbyś ewentualnie tę kasę wydać (tu nadmienię, że cały mroczny plan polega na wywołaniu geosztormu – niszczycielskiej anomalii pogodowej o globalnym zasięgu, która zniszczy wszystko, co odstaje od ziemi. Łącznie z infrastrukturą umożliwiającą bezpieczne lądowanie promów kosmicznych…). Poza tym ogólnie śmierdzą mi bohaterowie, co do których nie wiemy, dlaczego właściwie chcą za kasę wymordować całą swoją rodzinę (bo o rodzinie Sabotażysty nie wiemy nic, ergo logika każe zakładać, że jakaś tam istnieje).

Ogólnie film jest nijaki. Bohaterowie płascy i nieciekawi, choć bezpiecznie sympatyczni, ilość epickich scen niszczenia czegoś niesatysfakcjonująca, za to całkiem ładne ujęcia stacji kosmicznej. Całe szczęście, że nastawiałam się na głupiutką rozrywkę bez szczególnej treści, bo inaczej wyszłabym z kina rozczarowana.

Geostorm
reż. Dean Devlin
2017
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...